www.bemowa.pl

:: Cywilizacja III tysiąclecia wg. Gębona
Wiadomo dodana przez: Gębon (2008-11-21 10:09:08)

Zauważyłem, że mój dzień zaczynam od włączenia komputera. Automatycznie. Jakbym był biologicznie zaprogramowany.
Uzależnienie?



Nie, zwyczajna rutyna powszedniego dnia.
Naturalną koleją rzeczy, jedne czynności wypierają inne. Skrzynkę pocztową mogę opróżnić najwyżej ze stosu folderów reklamowych, a od kiedy kłopoty zdrowotne wyeliminowały z jadłospisu mleko i świeże bułeczki postanowiłem zarzucić codzienny spacer do kiosku po prasę i zakupy, bo wszystko, co chcę wiedzieć mam podane na srebrnej tacy Onetu.
Klik – odebrałem wiadomości. Oczywiście tych właściwych od znajomych było jedynie kilka, pozostałe to tzw. spam, ale ja, nawiasem mówiąc, z właściwą sobie przekorą, na spam odpowiadam - mam przygotowaną własną reklamówkę. Wychodzę twardo z założenia, że Internet ma służyć wymianie informacji. Skoro otrzymałem wiadomość, rewanżuję się zaproszeniem do zapoznania się z moją działalnością. Prawda, że uprzejme?
Teraz komputerowy przegląd prasy, prognoza pogody, program telewizyjny....stop! Zagalopowałem się. Od kilku lat sprawdzam program wyłącznie siłą rozpędu. Czekam, aż postęp techniczny dopędzi moje możliwości finansowe.

Okazało się, że telewizor jest wykopaliskiem z epoki precyfrowej, ma nieodpowiedni system dźwięku, trzeba liczyć się z zakupem dekodera, a równocześnie dostawca sygnału (kablówka) uznał mnie za stałego klienta, wobec czego zostałem „pełnopłatny” a nie „promocyjny”.
Obstawiam zakład we własnej roboty totolotku, czy prędzej producenci sprzętu ustalą, w jaki sposób będą działały telewizory, czy dostawca uzna mnie znowu za świeżego klienta. Póki co przeczekuję, stosunkowo najtaniej wychodzi.
Wracam do tematu.
Za sprawą komputera mam pełny dostęp do informacji. Do wszechinformacji?
Nieprawda.
Internetowe księgozbiory dopiero raczkują - wyselekcjonowanie i dotarcie do potrzebnych danych graniczy z cudem. Przedzieranie się przez katalogi wyszukiwarek staje się katorgą.
Próbując dotrzeć do aktualnych składek ZUS zamknąłem pięć spotów reklamowych (w tym jeden wysoce upierdliwy), przekicały mi przez ekran dwie oferty banków, jeden filmik zachwalający jakiś samochód, dowiedziałem się, że Angelina wkurza Pitta, 36-latka rozbiera się dla Playboya, a Herbuś dementuje Mroczka.
Mając już mroczki przed oczami zamknąłem ofertę kancelarii rachunkowej, wygrzebałem się z pułapki doradców prawnych i po półgodzinie spisałem trzy niezbędne sumy.
Zadrżałem. Poczułem się jak zbójca Gębon usadzony przed urządzeniem odtwarzającym każdą informację.
Gębon napadł na Trulla i Klapaucjusza i zażądał „wszelkiej posiadanej wiedzy”. Dostał co chciał. Do dziś pewnie siedzi skazany dożywotnio na odczytywanie odpowiedzi na pytania „ile powłok elektronowych liczyłby sobie atom termionolinum, gdyby taki pierwiastek był możliwy (...), jakie są wymiary dziurki tylnej małego ptaszka zwanego kurkucielem (...) i dlaczego pchły smoczkotyłkie mchu jeść nie chcą”.
Czyżby Stanisław Lem nie tylko był literackim ojcem Internetu, wymyślając takowy system jeszcze w czasach, gdy monstrualnych rozmiarów „Odra” dławiła się nad testami kandydatów na studia, ale przewidział również kłopoty z porządkowaniem i filtrowaniem danych?
Chociaż, prawdę mówiąc, sprawa jest stara jak świat – i Rzymianie się nad tym biedzili, starając się choćby skodyfikować prawo i sekretarka H. Poirot miała podobny problem.

No, dobrze, Gębon Gębonem, ale za co myśmy się ukarali?
Informatyzacja miała w swoim zamierzeniu prowadzić do wielu ułatwień. Niestety, kolejne narzędzie przerabiamy na codziennego dręczyciela.
Co z tego, że wszystkie dane będę mógł wysłać do urzędów przez Internet, praktycznie jednym kliknięciem?
Zanim dojdzie do tego kliknięcia, muszę kupić komputer, zainstalować odpowiednie oprogramowanie (dla każdej instytucji czy urzędu – inne), wyrobić przeróżne certyfikaty, potem kolejne aktualizacje, bo już przez ten czas pojawiły się nowe wersje, podpis elektroniczny... A tu okazuje się, że mój zakupiony półtora roku temu komputer posiada konfigurację z czasów króla Ćwieczka.
Krzyczę w rozpaczy na maszynę „wiśta”, by popędzić ładujący się od 40 minut „program płatnika”. Jednak to nie koń, raczej muł albo osioł, bo staje w miejscu i trzyma się stanu zawieszenia z uporem godnym lepszej sprawy.
Tracę kolejne trzy dni na wybieranie nowego sprzętu.

Taszcząc wypasionego notebooka z poczwórnym zaprzęgiem (przepraszam – procesorem), majtając palcami w dziurawej kieszeni, zastanawiam się nad tendencją w rozwoju naszej cywilizacji, która nakazuje posługiwać się wynalazkami, ale tak, żeby, broń Boże, nie ułatwiło to życia.
Zamieniliśmy telewizor na domową wyrocznię z funkcją niańki dla dzieci, drukarka ożeniona z faksem i skanerem są tylko o krok od pełnienia roli odkurzacza, telefon zaś obecnie to skrzyżowanie kamery, aparatu fotograficznego oraz odtwarzacza muzyki i wideo. Do tego stopnia, że gdy moja komórka przestała sygnalizować nadchodzące połączenia, producent stwierdził, iż jest to marginalna funkcja, która nie może być powodem reklamacji, nie wpływa bowiem na jakość pozostałych parametrów. Kto teraz używa telefonu do rozmów?
Rozciągam twarz w sardonicznym uśmiechu skierowanym do nastoletniego chłopca, który pisał kiedyś wypracowania na temat: „Jak widzę XXI wiek?”. Było w nich o komputerze w każdym domu i bibliotece wielkości pudełka od zapałek, o dostępie wszystkich ludzi do dobrodziejstw cywilizacji, o wyręczaniu przez maszyny w najgorszych pracach...
Klnąc obrzydliwie pod nosem, w trakcie instalowania nowego komputera (łatwe to nie jest), mam wrażenie, że resztki dzikich plemion, które ostały się jeszcze w Afryce są dużo bardziej szczęśliwe niż ja.
Skąd bierze się ta tendencja do bezinteresownego uprzykrzenia życia pozostałym? Przecież to współpraca pomiędzy jednostkami doprowadziła do powstania państw, a co za tym idzie cywilizacji. Człowiek jako „zwierzę stadne”, czyli w/g Aronsona „istota społeczna” dążył do skupiania się w większe grupy, to bowiem dawało poczucie bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo natomiast rozleniwiało, a lenistwo jak wiadomo jest podwaliną wszelkich wynalazków.
Wygląda jednak na to, iż zadziałał system masy krytycznej. Nagromadzenie ulepszaczy osiągnęło taki etap, w którym stało się zaprzeczeniem samego siebie. Ciekawe kiedy wymyślimy powszechnie dostępną elektroniczną łapę, która podniesie za nas łyżkę, żeby napchać brzuch bez zużywania jakichkolwiek kalorii. Właściwie, co ja tworzę, taka rzecz już istnieje i nazywa się kroplówką.
Nooo, chyba jesteśmy bardziej zaawansowani niż mi się wydawało.

Przewiduję rozłam. Z jednej strony człowiek będzie uciekał od zdobyczy, które sam wymyślił, uciekał od coraz trudniejszych wyborów, uciekał od wymyślającej coraz to „lepsze” sposoby organizowania życia miejskiej machiny administracyjnej, która go wsysa, przeżuwa i wypluwa niczym ogryzek od jabłka. Zaszyje się w leśnej głuszy, byle dalej od śmietniska zwanego cywilizacją. Może czasami wychynie stamtąd, żeby w tym śmietnisku pogrzebać, wyciągnie coś przypadkiem, pokręci głową, że to nie to co chciał znaleźć i zrejteruje z powrotem.
Zgodnie jednak z teorią ewolucji Darwina (wiem, wiem, przechodzi ona kwarantannę, ale to nie zmienia faktu, że póki nie wynajdziemy lepszej teorii, ta jest obowiązująca) wykształci się nowy gatunek – człowiek śmietnikowy. Będzie to osobnik, zaprawiony w bojach o informację i wiedzę, z tym, że wysoce wyspecjalizowaną.
Magister od wiedzy na temat określonego gatunku białej farby do malowania ścian, doktor od czerwonych, samowypełniających się formularzy, profesor od nauczania mycia rąk, asystent od wyszukiwania pilota do multimediów etc.
Taki gatunek nie tylko będzie miał przyszłość, ale przejmie władzę, gdyż po prostu okaże się niezbędny.
A za parę lat leśny człowiek wyjdzie, capnie przez przypadek megaustrojstwo oczyszczające Ziemię ze śmieci i nie tylko, z jadowitą satysfakcją naciśnie guzik w zemście za to, że sam siebie wygonił w leśne ostępy i znowu będzie się sielsko anielsko ganiało z maczugą za zwierzakiem.
Nie wiadomo jeszcze jakim, ale co za różnica jakie białko?
Co, spóźniłem się z proroctwem?
A niech to! Ale za to podłączyłem komputer i cywilizacja jest znowu dla mnie otwarta. He, he.
                                                                                         Jan Siwmir

Utwór konkursowy, który zdobył nagrodę wydawcy Internetowej Republiki Bemowo oraz drugą nagrodę   Jury.




adres tej wiadomoci: www.bemowa.pl/news.php?id=781